Lizbona – moje duże zaskoczenie

Portugalia nigdy specjalnie mnie nie interesowała, chociaż nasi znajomi od dawna są w niej zakochani i często nam o niej opowiadali. W końcu zdecydowaliśmy się polecieć tam na długi weekend, żeby pozwiedzać Lizbonę.

Wyloty o 7 rano zdecydowanie nie należą do moich ulubionych, ale dzięki temu mieliśmy jeszcze praktycznie cały dzień na zwiedzanie.

Z lotniska wzieliśmy prawie bezpośredni autobus do hotelu. Moim pierwszym zaskoczeniem okazali się ludzie. Już przy wsiadaniu do autobusu z wózkiem od razu, bez pytania, otrzymaliśmy pomoc.

Kolejna miła niespodzianka czekała na nas w hotelu. Chociaż było jeszcze przed 10 rano, a check-in zaczynał się dopiero o 14, recepcjonistka widząc nas z maluchem powiedziała, że sprawdzi, czy nasz pokój jest już gotowy. Nie był, ale mimo to poprosiła, żebyśmy usiedli w recepcji i zaczekali, a ona zapyta, czy nasz pokój może zostać przygotowany jako następny. W efekcie dostaliśmy go już po około 30 minutach.

Weekend z LizbonieLizbona z dzieckiem

Centrum Lizbony wywarło na mnie duże wrażenie. Uwielbiam ich kolorowe płytki i mozaiki – są naprawdę jedyne w swoim rodzaju. Przeszliśmy się wąskimi uliczkami, odwiedziliśmy dzielnicę Belém, zobaczyliśmy Belém Tower – czyli dawną wieżę obronną – i zjedliśmy też Pastel de nata, słynne portugalskie ciastka z najbardziej znanej cukierni.

Udało nam się też przejechać starym żółtym tramwajem, co było nie lada wyczynem, żeby wsiąść do niego z wózkiem. Ale i tym razem otrzymaliśmy pomoc.
Pastel de nataPortugalskie ciastka Pastel de nata

Kolację zjedliśmy w Casa do Alentejo. Restauracja mieści się w dawnym pałacu Palácio Alverca. Z zewnątrz budynek wygląda bardzo niepozornie, ale po wejściu trafia się do bogato zdobionego wnętrza z arabskim dziedzińcem, łukami i azulejos (portugalskimi płytkami). Nie jest to jedno z najbardziej oczywistych turystycznych miejsc, można tam spotkać więcej lokalnych mieszkańców.

Casa do AlentejoCasa do Alentejo

Następnego dnia zdecydowaliśmy się na przejażdżkę autobusem City Sightseeing Lisbon, czyli jednym z autobusów typu „Hop-On Hop-Off”, które są popularne w wielu turystycznych miastach na świecie.

Wybraliśmy trasę, na której znajdowało się oceanarium. Oceanário de Lisboa to jedno z największych i najpopularniejszych oceanariów w Europie. Chociaż nasz maluch miał wtedy niespełna rok, był bardzo zainteresowany pływającymi rybkami i innymi zwierzętami. Spędziliśmy tam prawie pół dnia — akwarium jest naprawdę ogromne. Na miejscu znajduje się też kawiarnia, gdzie można usiąść, coś zjeść albo po prostu kupić coś do picia.

Po wizycie w oceanarium z powrotem wskoczyliśmy do autobusu. Gdy kierowca chciał już odjechać, okazało się, że jedne drzwi nie chcą się zamknąć i autobus nie może ruszyć dalej. Musieliśmy więc poczekać na następny.

Oceanarium w LizbonieAkwarium w Lizbonie

Tego wieczoru wyszliśmy na kolację do jednej z najstarszych restauracji w mieście – Trindade. Mieści się ona w dawnym klasztorze. Jest tam kilka sal o różnym wystroju, ale wszystkie łączy ten sam portugalski klimat z charakterystycznymi płytkami.

W Lizbonie zdecydowanie warto spróbować owoców morza, co oczywiście zrobiliśmy. Restauracja jest przyjazna rodzinom z dziećmi. Zamówiliśmy przystawkę z różnymi owocami morza, żeby spróbować kilku lokalnych specjałów. Oprócz klasycznego homara, krewetek czy małży na talerzu pojawił się też inny, dość dziwnie wyglądający przysmak z oceanu. Wyglądał trochę jak małe palce z twardą skorupką.

Zapytaliśmy kelnerkę, co to dokładnie jest i jak się to je, ale powiedziała, że pochodzi z Brazylii i sama do końca nie wie. Byliśmy więc zmuszeni sami sprawdzić, czym są te niebanalne skorupiaki i jak się zabrać do ich jedzenia.

Po krótkim "researchu" okazało się, że to Percebes, czyli inaczej kaczenice lub tzw. "palce Lucyfera". Sama nazwa nie zachęcała do ich spróbowania, daliśmy im jednak szansę. Muszę przyznać, że mimo mało zachęcającego wyglądu i nazwy bardzo mi smakowały. W smaku przypominały trochę krewetki lub homara, ale miały też intensywny, morski aromat, który naprawdę pozwalał poczuć ocean. Percebes to dość drogi rarytas, ponieważ ich zdobycie nie jest łatwe. Rosną na skałach w miejscach, gdzie występują silne fale, a ich zbieranie bywa dość niebezpieczne.

Owoce morza na talerzuTramwaj w Lizbonie

Mimo że spędziliśmy w Lizbonie tylko weekend, zakochałam się w tym miejscu – tak samo jak w portugalskim klimacie. Właśnie dlatego później zdecydowaliśmy się na wakacje na jednej z portugalskich wysp – na Azory. Więcej o tej podróży możecie przeczytać również na blogu.
A my na pewno jeszcze wrócimy do Portugalii.

Widok w Lizbonie 
Żółty tramwajBelém Tower

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Drugi przystanek w Stanach czyli Waszyngton

Z wózkiem przez Manhattan, czyli co nas zaskoczyło w USA

Eurotrip z 2-miesięcznym maluchem czyli nasze pierwsze wakacje we troje