Drugi przystanek w Stanach czyli Waszyngton
Do USA wybraliśmy się na początku września. Zawsze staramy się planować wakacje poza sezonem – unikamy wtedy tłumów i największych upałów. Ale nie tym razem. Nowy Jork i Waszyngton przywitały nas prawdziwą falą gorąca – 35 stopni! Nie była to może najbardziej sprzyjająca temperatura do zwiedzania, ale nasza ciekawość i chęć odkrywania Ameryki była silniejsza niż zmęczenie.
Z lotniska Newark w Nowym Jorku wypożyczyliśmy samochód, żeby ruszyć w dalszą drogę. Bagaże zostawiliśmy w hotelu, a sami – całą trójką – pojechaliśmy pociągiem i metrem na lotnisko, żeby odebrać auto z wypożyczalni.
Po wcześniejszych przygodach za kółkiem w Londynie byliśmy przygotowani na najgorsze: ogromne korki, stres i wieczność w drodze do hotelu na Brooklynie, gdzie czekały nasze rzeczy. Ostatnio oglądałam nawet odcinek programu "Niezwykłe Stany Prokopa", w którym Marcin Prokop opowiadał o swoim koszmarnym doświadczeniu prowadzenia samochodu po Nowym Jorku.
Tutaj jednak pozwolę sobie się nie zgodzić. Owszem – jazda po NYC do spokojnych nie należy. Jest dynamiczna, intensywna i wymaga czujności. Ale jednocześnie jest też… zaskakująco płynna.
Jeśli zdarzy wam się przysnąć na zielonym świetle – spokojnie, kierowcy za wami błyskawicznie przypomną o ruszaniu, oczywiście klaksonem 😉. Mimo sporego ruchu udało nam się przejechać przez cały Nowy Jork zaskakująco sprawnie – bez większych przygód.
Po opuszczeniu Wielkiego Jabłka naszym kolejnym przystankiem była Filadelfia. Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę, ale wystarczająco długo, by zobaczyć Independence Hall, wysłuchać historii powstania Stanów Zjednoczonych opowiedzianej przez przewodnika z National Park Service, i oczywiście – zrobić sobie zdjęcie na słynnych schodach Rockiego.Naszym kolejnym celem był Waszyngton, do którego dojechaliśmy wieczorem. Dotarliśmy tam wieczorem i tym razem zatrzymaliśmy się w hotelu w iście amerykańskim stylu – Embassy Suites by Hilton. Nasz pokój przypominał małe mieszkanie: z dużym salonem, aneksem kuchennym i ogromną sypialnią. Oczywiście nie zabrakło dwóch łóżek i łóżeczka dla dziecka – wszystko, czego potrzeba po całym dniu zwiedzania.
Po Waszyngtonie, podobnie jak wcześniej po Nowym Jorku, poruszaliśmy się transportem publicznym – tym razem głównie autobusami. Na naszej liście obowiązkowych punktów nie mogło zabraknąć oczywiście Białego Domu. Dziś to jeden z najlepiej strzeżonych budynków na świecie, ale nie zawsze tak było. Z biegiem lat, po każdym zamachu czy incydencie zagrażającym prezydentowi, poziom ochrony stale wzrastał. Historię najbardziej znanego domu na świecie ciekawie i przystępnie opisał Marek Wałkuski w książce „Sekrety Białego Domu”. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć przed wizytą w stolicy.
Po pamiątkowych zdjęciach ruszyliśmy dalej w stronę National Mall, nazywanego często „muzealną aleją Ameryki”. To ogromny park, w którym spacerowaliśmy między najważniejszymi symbolami USA: Monumentem Waszyngtona, Pomnikiem II Wojny Światowej, Mauzoleum Lincolna i oczywiście słynnym stawem Reflecting Pool, który znacie pewnie z wielu filmów i relacji z przemówień prezydentów. Odwiedziliśmy też zabytkowy dworzec Union Station, który na co dzień jest nie tylko węzłem komunikacyjnym, ale też miejscem, gdzie odbywają się prezydenckie bale, bankiety i nawet pokazy mody.
W Waszyngtonie spędziliśmy tylko dwa dni i… zdecydowanie czuję niedosyt. To miasto ma jeszcze mnóstwo do zaoferowania – wiele muzeów i zakątków, które chciałabym kiedyś odwiedzić. Ale podróżując z dzieckiem trzeba trochę zwolnić tempo 😊
Choć atrakcji typowo dziecięcych było niewiele, staraliśmy się znaleźć coś dla każdego członka rodziny. Dlatego jedną z większych frajd okazał się… hotelowy basen. Prosty pomysł, a dla naszej małej podróżniczki to była najlepsza atrakcja dnia!



















Komentarze
Prześlij komentarz